Niewiele rozmów budzi tyle emocji, co ta pierwsza o wspólnej wizycie u terapeuty. Jedno z was uważa, że to świetny pomysł, drugie wzdycha z rezygnacją, w głowie ma sceny z filmów i obraz obcej osoby, która będzie zadawać niezręczne pytania. Tymczasem to właśnie tam często po raz pierwszy od dawna padają zdania, które naprawdę coś zmieniają.
Dobrze prowadzona terapia par nie jest magicznym lekiem na wszystko, ale bywa świetnym laboratorium relacji: bezpiecznym miejscem do testowania nowych sposobów mówienia, reagowania, stawiania granic. Zanim jednak usiądziecie na tej słynnej kanapie, warto wiedzieć, jak to realnie wygląda – bez mitów i uproszczeń.
Kiedy to „za wcześnie”, a kiedy już „za późno” na terapię
Większość par trafia do gabinetu później, niż terapeuci by sobie życzyli. Badania z różnych krajów pokazują, że ludzie czekają średnio kilka lat od pojawienia się poważnych problemów do pierwszej wizyty. W tym czasie konflikt zdąży już „obrastać” w urazy, ciche kary i wzajemne etykiety.
Sygnalizatorów, że warto rozważyć terapia par, jest kilka:
- kłócicie się o to samo, tylko coraz ostrzej, a finał zawsze wygląda podobnie
- zamiast rozmów pojawia się obojętność, unikanie, irytacja na samą obecność partnera
- jedno z was realnie rozważa rozstanie, ale oboje macie poczucie, że „może da się jeszcze coś zrobić”
- w związku pojawiła się zdrada, poważne kłamstwo albo kryzys zaufania
Nie ma natomiast czegoś takiego jak „za wcześnie”, jeśli oboje czujecie, że zaczyna być trudno. Dla wielu par wejście na terapię w momencie, gdy kryzys dopiero się rysuje, bywa jak wizyta u fizjoterapeuty przy pierwszych bólach kręgosłupa – szybciej, konkretniej i z dużo lepszym rokowaniem.
Co naprawdę dzieje się na sesji i dlaczego bywa niewygodnie
Sesje zwykle trwają 50–90 minut. Na początku terapeuta po prostu pyta: o waszą historię, najważniejsze konflikty, to, z czym przychodzicie. Potem zaczyna „zwalniać taśmę” waszych codziennych kłótni: prosi, byście opowiedzieli, jak wygląda typowa sprzeczka, jak reagujecie, co robicie, gdy jest bardzo źle.
Największe zaskoczenia par po kilku spotkaniach są często podobne:
- dopiero w gabinecie słyszą, jak bardzo różnie pamiętają te same wydarzenia
- odkrywają, że pod gniewem i zarzutami zwykle kryje się lęk, poczucie odrzucenia, wstyd
- zaczynają zauważać, jak szybko włączają się automatyczne reakcje: wycofanie, atak, sarkazm
To nie jest przyjemna wycieczka. To raczej coś na kształt treningu wysokogórskiego: wymaga wysiłku, bywa męczące, ale z czasem poszerza wasze możliwości. Dobry terapeuta nie staje po żadnej stronie, tylko „trzyma stronę relacji” – pilnuje, żeby była przestrzeń na obie perspektywy, nawet jeśli na początku wydają się nie do pogodzenia.
Mit winnego i niewinnego – jak terapia par „rozbraja” ten schemat
Wiele par przychodzi z cichym (albo zupełnie jawnym) oczekiwaniem: terapeuta wreszcie rozsądzi, kto ma rację. Jedno z was chce usłyszeć: „to pani/pan przesadza”, drugie ma nadzieję na coś w rodzaju profesjonalnego werdyktu na swoją korzyść.
To się prawie nigdy nie dzieje. Zamiast tego terapeuta przygląda się wzorcom:
- kto pierwszy wycofuje się z rozmowy
- w jaki sposób wyrażacie niezadowolenie
- jak reagujecie na krytykę, odmowę, odmienność
Z perspektywy terapii rzadko chodzi o to, kto zaczął, a częściej o to, jak oboje podtrzymujecie błędne koło. Typowy przykład: jedna osoba głośno naciska, bo czuje się ignorowana, druga coraz bardziej milknie, bo czuje się atakowana. Im większy nacisk, tym większe wycofanie – i odwrotnie.
Praca polega na tym, aby każde z was zobaczyło swoją część tego tańca. To bywa niekomfortowe, ale właśnie tu pojawia się przestrzeń na zmianę: jeśli nie jestem tylko ofiarą, ale też współautorem wzorca, mogę też zostać współautorem wyjścia z niego.
Czy terapia zawsze „ratuje związek” – niewygodna odpowiedź
Jedno z trudniejszych pytań brzmi: czy terapia ma prowadzić do pozostania razem za wszelką cenę. W praktyce bywa różnie. Są pary, które na terapii odkrywają, że ich oczekiwania wobec życia, bliskości, rodziny są tak różne, że pozostanie razem oznaczałoby chroniczne poświęcanie siebie przez kogoś z nich.
Paradoksalnie, dla części osób wspólna praca z terapeutą kończy się spokojnym, bardzo świadomym rozstaniem – z poczuciem, że zrobili wszystko, byli wobec siebie uczciwi i nie muszą ciągnąć wieloletniego sporu o to, kto zawinił.
Nie jest to porażka. Celem nie jest „zacementowanie” relacji, tylko odzyskanie wpływu: albo po to, by zbudować lepszą wersję związku, albo by podjąć przemyślaną decyzję o rozstaniu, a nie ucieczkę w emocjach.
Jak przygotować się do pierwszej sesji, żeby nie zmarnować tego czasu
Zanim wejdziecie do gabinetu, warto odrobić krótką pracę domową – osobno i wspólnie. Nie chodzi o tworzenie akt oskarżenia, raczej o nazwanie tego, co dla was kluczowe.
Pomocne mogą być trzy krótkie ćwiczenia:
- Wypisz dla siebie trzy sytuacje z ostatnich miesięcy, w których szczególnie poczułeś/poczułaś, że w związku jest źle.
- Zastanów się, czego najbardziej wtedy potrzebowałeś/łaś: wsparcia, obecności, konkretnych działań, spokoju.
- Sformułuj zdanie: „po tej terapii chciałabym/chciałbym, żeby w naszym związku było więcej…” – i dokończ je jak najbardziej konkretnie.
Możecie potem wymienić się tymi notatkami albo zabrać je ze sobą i przeczytać na sesji. Dla terapeuty to cenne drogowskazy, a wam pomagają szybko przejść od ogólnego „jest źle” do tego, o co naprawdę chodzi.
Dlaczego nie trzeba „wierzyć” w terapię, żeby skorzystać
Wielu sceptyków mówi wprost: „Nie wierzę w gadanie o uczuciach, chcę konkretów”. Dobra wiadomość jest taka, że współczesne nurty pracy z parami – od terapii poznawczo‑behawioralnej, przez systemową, po podejście skoncentrowane na emocjach – są solidnie przebadane. Badania pokazują, że pary, które kończą pełny proces, częściej deklarują wzrost satysfakcji ze związku, lepszą komunikację i mniejszą skłonność do przerywania relacji przy pierwszym dużym kryzysie.
Nie musicie więc wierzyć na słowo. Wystarczy gotowość do wzięcia udziału w eksperymencie, jakim jest kilka lub kilkanaście spotkań, podczas których spróbujecie inaczej rozmawiać, inaczej reagować, inaczej dbać o siebie nawzajem. Reszta to już efekt systematycznej pracy, nie magii.
Ostatecznie najważniejszy wniosek jest prosty: to, jak o siebie walczycie, jest równie ważne jak to, o co walczycie. A dobrze poprowadzona terapia par może sprawić, że ta walka zmieni się w rozmowę, w której obie strony naprawdę mają szansę zostać usłyszane.
AP





